Wiadomości
wszystkie
Recenzja filmowa nr 690: Rozważna i romantyczna (PLAKAT)
Recenzja również na: mediakrytyk.pl
Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie
Bardzo trudno zepsuć Jane Austen. Jest to oczywiście możliwe, (Netflixowe „Perswazje”? A kysz, a kysz!!), ale na szczęście rzadkie. Ponad dwieście lat po śmierci autorki popularność jej powieści nie maleje, a co kilka lat dostajemy kolejną adaptację. Podobnie jest w tym roku.
Jeżeli chodzi o „Rozważną i romantyczną” to najbardziej popularną ekranizacją jest niezaprzeczalnie film Anga Lee z 1995 roku z Kate Winslet i Emmą Thompson w rolach głównych. Twórcy najnowszej adaptacji doskonale zdają sobie z tego sprawę, jak i również z faktu, że z pewnością nie unikną porównań. Dlatego, chociaż oglądamy wciąż tę samą historię, to opowiedzianą w zupełnie inny sposób.
Widz przyzwyczajany do kina kostiumowego powstałego pod koniec zeszłego wieku, może mieć problem z wgryzieniem się w ten film. Jest w nim pewnego rodzaju szorstkość, wyczuwalna zarówno w scenografii jak i bohaterach. Angielskie krajobrazy są oczywiście obłędne, ale próżno szukać tu pocztówkowych ujęć i malowniczych widoków. Natura jest surowa, nieokiełznana i często nieprzyjazna. Słońce też nie rozpieszcza. To idealny seans na jesień, wiele scen rozgrywa się po zmroku lub w przydymionym świetle. Film jest bardzo kameralny, oko kamery jest zawsze blisko bohaterów, co daje bardzo intymny efekt. Nasze bohaterki, siostry Dashwood, prezentują się również inaczej niż w poprzednich wersjach. Nie ma mowy o schludnych strojach zapiętych na ostatni guzik oraz starannie zawiniętych loczkach. Rozwiany włos i rozchełstany strój są tu na porządku dziennym. Wielbiciele kina stricte „gorsetowego” mogą czuć się trochę nieswojo, mnie jednak przypadł do gustu ten nieco bardziej naturalny, nieskrępowany styl.
Tym bardziej, że z czysto narracyjnego punktu widzenia, jest to stara poczciwa Jane Austen, której nikt nie próbuje na siłę zmieniać, lub co gorsza „ulepszać”. Historia obdarzonych rożnym temperamentem sióstr, które cierpią z miłości, chociaż każda w innych sposób, nadal trzyma się mocno, dostarcza emocji i wzruszeń. Aktorzy są fantastyczni, podobało mi się, że starsza panna Dashwood, Elinor, dostała więcej przestrzeni i że w tej wersji wyraźniej czuć przebijające przez jej powściągliwość ironię oraz poczucie humoru. Od Esmé Creed-Miles w roli Marianne nie można oczu oderwać. Jest hipnotyzująca. Szkoda, że postaci drugoplanowe mają za mało czasu ekranowego, żeby w pełni satysfakcjonująco zaznaczyć swoją obecność. Liczne wątki trzeba było zmieścić w dwóch godzinach i momentami czuć pośpiech i wymuszoną skrótowość. Ale i tak ogląda się to bardzo dobrze. Cieszę się, że tę znaną historię można wciąż opowiadać na nowo w ciekawy sposób.
(Ala Cieślewicz)
Reż. Georgia Oakley
Ocena: 7/10