Wiadomości
wszystkie
Recenzja filmowa nr 668: Wielka Warszawska (PLAKAT)
Recenzja również na: mediakrytyk.pl
Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie
„Wielka Warszawska” miała być dopełnieniem nieformalnej kinowej trylogii nakręconej wg scenariusza Jana Purzyckiego. I chociaż pewnych walorów temu filmowi odmówić nie można, to do jego poprzedników „Wielkiego Szu” i „Piłkarskiego pokera” mu daleko.
Akcja dzieje się na początku lat 90-tych w środowisku wyścigów konnych. Naszym bohaterem jest młody dżokej Krzysiek, który dopiero zaczyna karierę. Wkrótce jego idealizm i entuzjazm zderzą się z gangsterskimi realiami, w których wyścig jest rozstrzygnięty zanim konie wystartują.
Trochę boli, że lata 90-te zeszłego wieku uchodzą już na ekranie za kino historyczne. Nie zmienia to faktu, że wypadają w tej produkcji naprawdę dobrze, to znaczy odpowiednio „przaśnie”. Wszystko wygląda realistycznie, łącznie z kostiumami. W ogóle strona wizualna filmu jest na wysokim poziomie. Wraz z odpowiednio dobraną muzyką przenosi nas do tamtej epoki. Muszę pochwalić też jak zręcznie udaje się twórcom wprowadzić widzów w wyścigi konne. Ja przed tym filmem nie miałam na ten temat zielonego pojęcia, jednak szybko załapałam zasady i hierarchię tu obowiązujące. Słowa uznania należą się również aktorom. Tomasz Ziętek jest już sporo po trzydziestce, jednak z tą młodzieńczą aparycją będzie grał dwudziestolatków do końca, miejmy nadzieję, długiej kariery. Wypada przekonująco i gdyby jego bohater był chociaż odrobinę trójwymiarowy, kibicowałbym mu bardziej energicznie.
Bo niestety sama historia wypada tu tak schematycznie, że nie ma najmniejszego problemu z przewidywaniem kolejnych ruchów poszczególnych bohaterów. A co za tym idzie, napięcie jest niemal zerowe. Ekran roi się od bandziorów różnej maści, którzy są mocni w gębie, a jak przyjdzie co do czego, to nie wywołują nawet cienia zagrożenia. Zupełnie jakby twórców bardziej interesował nostalgiczny spacer po klubach i dyskotekach, niż stworzenie pełnokrwistego konfliktu z choćby odrobiną dramaturgii. Idealnym tego przykładem jest doklejony na ślinę i nieprzekonujący wątek romantyczny. Nie dziwię się, że ten film przepadł w kinach, bo jest to produkcja do oglądania jednym okiem, przy okazji robienia czegoś innego. Obawiam się, że do jutra już zniknie z mojej pamięci.
(Ala Cieślewicz)
Reż. Bartłomiej Ignaciuk
Ocena: 5/10