Wiadomości
wszystkie
Recenzja filmowa nr 667: Michael (PLAKAT)
Recenzja również na: mediakrytyk.pl
Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie
Nie miałam wygórowanych oczekiwań odnośnie tego filmu. Kiedy rodzina trzyma stery produkcji o życiu artysty, można spokojnie obstawiać, że dostaniemy hagiografię, a nie rzetelną biografię. Krytycy rozszarpali ten film, widzowie są zachwyceni i tłumnie ruszyli do kin. Ja jestem gdzieś pośrodku.
Oglądamy Michaela Jacksona od najmłodszych lat, kiedy pod batutą surowego ojca występował na scenie razem z braćmi. Kończymy natomiast w 1988 roku, kiedy 30-letni Michael w końcu osiąga artystyczną niezależność.
Niestety zgadzam się z malkontentami, którzy twierdzą, że strona na Wikipedii ma więcej dramaturgii niż ten film. Historia jest nieznośnie wybebeszona i maksymalnie uproszczona. Diana Ross, czy Janet Jackson w tym uniwersum nie istnieją. W ogóle mało jest tu ukazanych ludzi, którzy mieli realny wpływ na życie i twórczość tego artysty. A jak już są, to po to, by rzucić kilka banalnych uwag. Na pierwszym planie występują karykaturalnie zły ojciec Joe Jackson i biedny eksploatowany Michael. I to by było na tyle, jeśli chodzi o konflikty i fabułę. A mowa przecież o genialnym artyście i bardzo złożonej osobowości. Nie dowiemy się z tego filmu, jak przebiegał jego proces twórczy i skąd tak naprawdę czerpał inspiracje. Odhaczamy po prostu doskonale nam już znane, medialne przystanki z jego życia.
Oczywiście jest tu sporo muzyki. W tych momentach miałam w kinie wyrzut adrenaliny, nie tylko dlatego, że przypominało mi się dzieciństwo. Po prostu są to bardzo dobre i ponadczasowe utwory w fantastycznej oprawie. Wszystkie występy Michaela Jacksona odtworzono perfekcyjnie. I to się chwali, jednak ja przyszłam do kina na biografię, a nie „Mini Playback Show”. Sceny między wstawkami muzycznymi, kiedy moglibyśmy poznać Michaela poza sceną, zostały moim zdaniem zmarnowane.
W rolę tytułową wcielił się Jaafar Jackson, bratanek Michaela Jacksona, który ponoć musiał przejść przez sito castingowe. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo poza muzyką, jest to najjaśniejszy aspekt tej produkcji, Nie tylko do perfekcji opanował ruchy sceniczne i sposób mówienia sławnego wujka, ale ma w sobie również ujmującą nieśmiałość i delikatność, które na początku charakteryzowały Michaela Jacksona, Szkoda tylko, że na dłuższą metę nie ma nic interesującego do zagrania.
Nie wyobrażam sobie, żeby w tym samym bezpłciowym stylu opowiadać dalsze losy tego artysty, np. jego batalie sądowe. Bez względu na to, jakie się ma zdanie na temat piosenkarza, zarówno jego fani, jak i przeciwnicy powinni być zgodni, że zasłużył na wyrazistą i ciekawą opowieść o swoim życiu. I póki co jej nie dostał.
(Ala Cieślewicz)
Reż. Antoine Fuqua
Ocena: 5/10