Recenzja filmowa nr 688: Lalka (PLAKAT) - Reporter-24.pl
Wiadomości
wszystkie

Recenzja filmowa nr 688: Lalka (PLAKAT)

Recenzja również na: mediakrytyk.pl

Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie

Plakat i informacje o filmie

Sezon na „Lalki” trwa. Po wywołującej gwałtowne reakcje serialowej produkcji Netflixa przyszedł czas na pełnometrażowy film fabularny, który już raczej tak ekstremalnych uczuć nie wywoła. Twórcy bardzo się starali, żeby nie wzbudzić jakichkolwiek kontrowersji.

Film wygląda fantastycznie. XIX-wieczna Warszawa jest piękna i żyje. Nie ma mowy o żadnej teatralności i umowności. Możemy ją podziwiać w szerokich kadrach i po horyzont. To samo tyczy się wnętrz, które wypadają bardzo naturalnie. Zbyt często w przeszłości przy tego typu produkcjach miałam wrażenie, że akcja toczy się na terenie muzeum, a za kamerą czyha nadgorliwy kustosz gotów interweniować, gdy aktor będzie miał czelność przesunąć świecznik. Tu wnętrza wyglądają na zamieszkałe, a kostiumy na noszone. Nie tyle widać pieniądz, co widać dobrze wydany pieniądz.

Jednak bardziej niż wizualny aspekt filmu, to obsada krzyczy „superprodukcja!”. Grają tu właściwie wszyscy, którzy nie zagrali w netflixowej „Lalce”. I tak jak w ogólności na ekranie rządzą kobiety, tak moje serce skradł przede wszystkim Marek Kondrat. Po części dlatego, że jego Rzecki dokładnie pokrywa się z tym, którego miałam przed oczami w trakcie czytania; lojalny służbista, ale w gorącej wodzie kąpany, którego łatwo sprowokować. Trochę się też stęskniłam, ale przede wszystkim Marek Kondrat to fenomenalny aktor, który rozumie swojego bohatera.

Oglądało mi się to dobrze i bez poczucia znużenia, choć mamy do czynienia z ponad dwu i półgodzinną kobyłą. To bardzo wierna adaptacja, jednak im dalej w las, to ma się wrażenie, że kolejne zdarzenia z książki są tu jedynie odhaczane. Trochę jakby ktoś robił podwaliny pod serial, w którym te wątki zostaną rozwinięte. Muszę też przyznać, że mój entuzjazm w głównej mierze wynikał z tego, że byłam ciekawa kogo jeszcze zobaczę na ekranie, bo tu uznani aktorzy grają nawet na trzecim planie. Cudownie ogląda się przekomarzania Andrzeja Seweryna i Krystyny Jandy, grających rodzeństwo, gdy zna się ich prywatną historię. Kiedy w jednej scenie mamy Kondrata, Jandę i Dorocińskiego, a w tle jeszcze majaczy Dawid Ogrodnik, to naprawdę nie wiadomo na kim skupić uwagę w pierwszej kolejności. Jeżeli jednak wymieniłoby się tych wszystkich cudownych i utytułowanych aktorów na anonimowych i skupiło jedynie na historii, to zbyt często na ekranie ukazałaby się płaska linia EKG.

Marcin Dorociński jest fantastycznym aktorem pierwszoplanowym. Wielokrotnie w tym filmie duma, tęskni i cierpi przez Izabelę i wtedy wierzy mu się bez zastrzeżeń. Problem pojawia się, kiedy dzieli on przestrzeń ekranową z panną Łęcką. Wtedy ten i tak już powolny film, dodatkowo łapie gumę. Chemii brak. To jest zwłaszcza widoczne, kiedy Wokulski ma interakcje z Agatą Kuleszą/panią Meliton lub Dębską/Wąsowską i iskry lecą, a film dostaje tak potrzebnego energetycznego kopa. Nie jest to wina Kamili Urzędowskiej, a raczej tego jak Izabela została napisana, czyli nijak. To postać blada i niedogotowana. Nie mogłam uwierzyć, że Wokulski byłby w stanie dla niej postawić swoje życie na głowie. I to jest problem, bo twórcy wyraźnie kładą nacisk na wątek romantyczny. Poza krótkim spacerem po biednym Powiślu, Wokulski nie wykazuje za bardzo zapędów pozytywistycznych. Tak więc serce filmu czasami łapie arytmię.

Dostaliśmy film ładny, miły, wierny, ale też letni. Idealna propozycja dla widzów zdegustowanych przebojową netflixową „Lalką” Mnie się po prostu marzy coś „pomiędzy”.

(Ala Cieślewicz)

Reż. Maciej Kawalski

Ocena: 6/10