Wiadomości
wszystkie
Recenzja filmowa nr 662: Projekt Hail Mary (PLAKAT)
Recenzja również na: mediakrytyk.pl
Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie
Jak każdy mól książkowy cieszę się na ekranizacje ulubionych lektur, nie do końca jednak wierząc, że twórcy filmowi są w stanie w pełni oddać ducha danego dzieła. W końcu archiwa kinematografii zaśmiecone są hałdami adaptacji, w których czytelnicy ledwo rozpoznają materiał źródłowy. Kiedy jednak się to udaje, a jak w przypadku „Projektu Hail Mary”, efekt przerasta najśmielsze oczekiwania, to nie pozostaje nic innego, jak tylko rozpływać się w zachwytach. Co niniejszym czynię.
„Projekt Hail Mary” to jedna z moich najukochańszych książek w ogóle, a na pewno najlepsza powieść science fiction jaką do tej pory czytałam. Głównym bohaterem jest Ryland Grace, który budzi się na pokładzie statku kosmicznego z amnezją. Jest kompletnie sam i z wielkim trudem przypomina sobie, że uczestniczy w misji, której celem jest uratowanie Ziemi. Słońce stopniowo gaśnie, a co za tym idzie naszej planecie grozi epoka lodowcowa, która spowoduje śmierć miliardów ludzi. Dlaczego do tego zadania wytypowano nauczyciela gimnazjum? Tego dowiemy się w czasie filmu.
Kapitalnym pomysłem było powierzenie głównej roli Ryanowi Goslingowi. Jako że Grace przez większość filmu jest na ekranie sam, potrzebny był ktoś utalentowany i charyzmatyczny i Gosling spisał się na medal. Już zawsze będę go miała przed oczami czytając tę książkę. Już w zwiastunach zdradzono, że w pewnym momencie pojawi się inny, bardzo osobliwy bohater. I od tego, jak zostanie przedstawiony, na pewno zależało powodzenie całego filmu. Na szczęście Rocky, czyli kosmita o fizjonomii kamiennego pająka, jest bohaterem idealnym, a jego relacja z Rylandem to serce filmu. Ta historia tak dobrze działa, bo pomimo, że jest naszpikowana naukowym żargonem i technicznymi aspektami oraz skupia się na ratowaniu świata, to w jej centrum znajduje się piękna, kameralna opowieść o nietypowej, ale bardzo poruszającej przyjaźni. Jest przy tym niesamowicie zabawna, bo humoru mamy tu pod dostatkiem, ale też wzruszająca i trzymająca w napięciu do końca.
I już to by mi wystarczyło, ale twórcy poszli na całość i nie zaniedbali żadnego najmniejszego detalu. Bo nie tylko Rocky prezentuje się świetnie. Cały film wygląda doskonale. I bardzo wiarygodnie. Widać prawdziwe dekoracje, a nie tylko zielony ekran. Nie miałam najmniejszego problemu, żeby uwierzyć we wszystko co wiedzę na ekranie. Kosmos dawno nie wyglądał tak dobrze. Wydawało mi się, że niektóre rzeczy są nieprzekładalne na język filmu, ale to nieprawda. W paru momentach dało się nawet pogłębić pewne wątki i postacie, co tylko dodało rumieńców tej i tak już cudownej historii. Mogłabym tak jeszcze długo, bo wszystko mi się podobało. Ale zamiast się tu rozwodzić, po prostu pójdę do kina jeszcze raz.
(Ala Cieślewicz)
Reż. Phil Lord, Christopher Miller
Ocena: 9/10