Wiadomości
wszystkie
Recenzja filmowa nr 682: Eden (PLAKAT)
Recenzja również na: mediakrytyk.pl
Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie
Akcja filmu toczy się na przełomie lat 20-tych i 30-tych zeszłego wieku. Wtedy to na bezludnej wyspie Galapagos spotyka się kilkoro Europejczyków, głównie Niemców, szukających nowego otwarcia z dala od narastających napięć na starym kontynencie. W surowym klimacie dochodzi do konfliktów, które prowadzą do tragedii.
Na papierze brzmi to jak doskonały pomysł na film, zwłaszcza że scenariusz bazuje na prawdziwych wydarzeniach. W swoich przewidywaniach odnośnie tego filmu nie podejrzewałam, że odczuciem, które po seansie wysunie się na pierwszy plan, będzie nuda. I od razu zaznaczam, że ja nie nudzę się wtedy, gdy na ekranie nic się nie dzieje. Istnieją utalentowani twórcy, którzy potrafią w ciekawy sposób ukazać, jak schnie farba. Mnie nuda ogarnia wtedy, kiedy nie obchodzi mnie co dzieje się na ekranie. A tak niestety było w wielu momentach tego filmu.
Problemem są dla mnie jednowymiarowi bohaterowie. Każdy z nich wyposażony jest w jedną, zazwyczaj ekscentryczną cechę, na której opierają się wszystkie ich poczynania. A powinni być przecież interesujący. Zdecydowali się na porzucenie dotychczasowego życia, jedni z obawy przed rozwijającym się nazizmem, inni ze względów ekonomicznych i nic z tego właściwie nie wynika. Zajmujące mogłoby być obserwowanie, jak ci wykształceni i przepełnieni ideałami ludzie stopniowo pogrążają się w nowej i bezwzględnej rzeczywistości, gdzie priorytetem staje się zdobycie wody pitnej. Jednak w tym filmie o żadnym stopniowaniu nie może być mowy. Po energicznym początku z wprowadzeniem postaci, film snuje się przez następną godzinę, żeby przyspieszyć w końcówce. Tempo jest tragiczne, a większość czasu koncertowo zmarnowana. Efekt byłby jeszcze gorszy, gdyby nie znakomici aktorzy, którzy i tak w większości nie mają co grać. Co jednak najbardziej mnie drażniło w tej produkcji, to wyraźnie wyczuwalne przeświadczenie twórców, że historia jest zbyt ambitna dla przeciętnego widza. Dlatego po każdej zawiązanej intrydze bohaterowie omawiają skrupulatnie, co to oznacza dla fabuły i jakie widz powinien wyciągnąć z tego wnioski. Ślimacze tempo w tym momencie jeszcze bardziej siada.
Głęboko wierzę, że gdyby za kamerą stanął inny reżyser, to film byłby o wiele lepszy. Niestety Ron Howard jest solidnym rzemieślnikiem, a nie wizjonerem. Kręci filmy „po bożemu”, najbardziej standardowo i przewidywalnie, jak się da. Przy produkcjach takich jak „Apollo 13”, gdzie trzeba po prostu odhaczać kolejne wydarzenia, taka skrupulatność i prostolinijność się sprawdza. Jednak gdy trzeba stworzyć gęstą atmosferę napięcia, napędzaną przez złożone relacje między bohaterami, to niestety zawodzi. W rezultacie powstał film przewidywalny i pozbawiony polotu. Nawet zdjęcia wyglądają jak z folderu biura podróżny. Dla mnie to wielki zawód.
(Ala Cieślewicz)
Reż. Ron Howard
Ocena: 5/10