Recenzja filmowa nr 651: Eternity. Wybieram ciebie (PLAKAT) - Reporter-24.pl
Wiadomości
wszystkie

Recenzja filmowa nr 651: Eternity. Wybieram ciebie (PLAKAT)

Recenzja również na: mediakrytyk.pl

Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie

Plakat i informacje o filmie

 

Joan i Larry, małżonkowie z ponad sześćdziesięcioletnim stażem, umierają krótko po sobie. Po śmierci trafiają do czegoś w rodzaju strefy przejściowej, gdzie każdy nowy nieboszczyk musi zdecydować, jaką wybierze wieczność. Jest to bardzo ważna decyzja, bo nieodwołalna. I tu pojawia się niespodzianka, bo okazuje się, że na Joan od prawie 70 lat czeka również jej pierwszy mąż Luke, który krótko po ich ślubie zginął na wojnie w Korei. Teraz nasza bohaterka musi zdecydować nie tylko gdzie spędzi wieczność, ale też z kim.

W taki obiecujący sposób zaczyna się sprawnie nakręcona komedia trochę romantyczna i miejscami dramatyczna, którą się całkiem mile ogląda, choć nie obyło się bez jednego zgrzytu, który to miłe oglądanie mi trochę zakłócił.

Ale najpierw o pozytywach. Bardzo podobał mi się wykreowany tu świat pozaziemski, w którym każdy zmarły dostaje swojego konsultanta, a poszczególne wersje wieczności reklamują się niczym oferty biur podróży. Daje to szansę na popis kreatywność i humoru, z której twórcy skwapliwie korzystają. Można na przykład wybrać wieczność w Berlinie lat 30-tych, ale bez nazistów! Sama historia też wciąga, bo nasza bohaterka stoi przed naprawdę trudnym wyborem; czy podążyć za mężczyzną, z którym spędziła prawie całe życie, czy może zdecydować się na wieczność z mężem, z którym nigdy nie dane jej było stworzyć czegoś trwalszego. Scenarzysta dość długo i sprawnie trzyma nas w niepewności. Jest tu tylko jeden problem i tym problemem jest właśnie Joan

Do Milesa Tellera i Calluma Turnera, którzy z wcielają się w jej mężów nie mam zastrzeżeń. Szczerze mówiąc był taki moment w czasie seansu, kiedy kibicowałam obu panom, by zostawili swoją żonę i razem udali się w zaświaty. Nie wiem doprawdy co się stało z Elizabeth Olsen, która jest przecież dobrą aktorką, ale tutaj, zwłaszcza na początku, bywa nie do wytrzymania. Infantylność postaci w jej wykonaniu mnie przeraża. Bohaterowie wyglądają na pięknych i młodych, gdyż po śmierci przybierają taką wersję siebie, w której byli najszczęśliwsi. To nie zmienia jednak faktu, że mentalnie mają nadal po kilkadziesiąt lat. Tymczasem Joan postępuje jak gimnazjalistka, która na siłę stara się być zabawna. Elizabeth Olsen zachowuje się jakby grała w sitcomie, w którym ktoś wyłączył śmiech z puszki. Jest to bardzo męczące. Naprawdę trudno ją lubić i jej kibicować, zwłaszcza kiedy musi wybierać między tak fajnymi mężczyznami. Dopiero pod koniec nieco się uspokaja, jednak niesmak zostaje. Dlatego choć polecam ten film, to nie do końca z pełnym przekonaniem.

(Ala Cieślewicz)

Reż. David Freyne

Ocena: 6/10