Wiadomości
wszystkie
Recenzja filmowa nr 659: Kopnęłabym cię, gdybym mogła (ZWIASTUN)
Recenzja również na: mediakrytyk.pl
Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie
Już patrząc na tytuł można wywnioskować, że ten film nie bawi się w subtelności. Główną bohaterką jest Linda, matka, żona i terapeutka, którą spotykamy w bardzo stresującym momencie życia, kiedy dosłownie sufit wali jej się na głowę.
Po tym, jak zalało jej mieszkanie, Linda przenosi się tymczasowo razem z córką do hotelu. Dziecko, karmione przez rurkę, wymaga ciągłej opieki, natomiast mąż pracuje na statku, więc nie za bardzo można na niego liczyć. A problemy, w miarę przebiegu akcji, tylko się piętrzą.
Nasza bohaterka nie radzi sobie praktycznie z niczym. Nawet najmniejsza przeprawa, jak choćby nieprzyjemna wymiana zdań z parkingowym, ją przerasta i dołuje psychicznie. Film jest tak poprowadzony, że kamera momentami jest wręcz przyklejona do Lindy, co sprawia, że wszystko przeżywamy razem z nią. Nie widzimy twarzy jej dziecka, tylko słyszymy je w tle; przeważnie płacz i narzekania i przez to nasza frustracja też wzrasta. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo wczułam się emocje bohatera, obserwowanego na ekranie. Ani przez chwilę nie można się zdystansować. Z jednej strony chciałoby się wstrząsnąć Lindą, z drugiej ją pocieszyć i ochronić, zwłaszcza przed otaczającymi ją ludźmi, którzy w przeciwieństwie do nas nie są w stanie pojąć, jak ma ciężko.
A nie jest to osoba bez wad, często sięga po alkohol i inne używki. I chociaż jest to film bolesny, a momentami trochę makabryczny, to nie sposób się od niego oderwać, zwłaszcza gdy wydarzenia przedstawione na ekranie coraz bardziej eskalują. Chęć zobaczenia do czego to doprowadzi i jednocześnie strach przed tym, dają piorunującą mieszankę. Nie jestem pewna, czy finał do końca ziścił pokładane w nim przeze mnie nadzieje, (ja bym dodała jeszcze do fabularnego pieca), jednak wszystko co do niego prowadzi, jest bardzo ciekawe i w jakiś sposób nowatorskie. Samotnie radzących sobie matek było na ekranie mnóstwo, jednak rzadko okraszone czarnym humorem, tak jak w tym przypadku.
Oczywiście nic by się z tego nie udało, gdyby nie fantastyczna odtwórczyni głównej roli, czyli Rose Byrne. Jest w tym filmie wiele scen z maksymalnym zbliżeniem na jej twarz i niczego więcej nam w danym momencie nie potrzeba. To jedna z faworytek w oscarowej kategorii dla najlepszej aktorki i ja na pewno będę trzymać za nią kciuki. Bardzo lubię filmy, w których trudne tematy podawane są bez grobowego tonu. Widzowie nie są głupi i sami potrafią wyczuć powagę sytuacji, zwłaszcza w tym, tak dobrze nakręconym dziele. Naprawdę warto.
(Ala Cieślewicz)
Reż. Mary Bronstein
Ocena: 7/10